Paweł Smoleński, Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (fragmenty)

Wszędzie czułem entuzjazm; tak tam po prostu jest. Albo – było, póki nie rozpętała się kolejna wojna; z dżihadystami, głównie z Iraku i z Syrii, lecz zasadniczo – z szaleńcami z całego świata.
Tak – jeszcze całkiem niedawno można było pojechać tam na
wakacje. Jak na Mazury albo do Grecji, tyle że dużo dalej. Dzisiaj brzmi to
zbyt fantastycznie, by uwierzyć, a nawet sobie to wyobrazić. Zresztą dziesięć,
dwadzieścia, trzydzieści lat temu też brzmiało to fantastycznie.
U jazydów było mi po prostu tak dobrze, że chciałem zabrać
ich cząstkę ze sobą.
Dżamal, mój iracki tłumacz i przyjaciel, powiedział, że
bycie jazydem to najbardziej pogardzany stan, jaki może się przytrafić
Irakijczykowi. Nie dość, że to znienawidzeni przez Arabów Kurdowie, to jeszcze
– wedle muzułmanów i tutejszych chrześcijan – poganin kłaniający się diabłu.
To wówczas w części Kurdystanu wybuchło z całą mocą islamistyczne delirium, kierowane przez byłych oficerów bezpieki Saddama Husajna, jeszcze niedawno ludzi świeckich i korzystających z tej świeckości, jak tylko można w dyktatorskich reżimach, kiedy jest się na dodatek człowiekiem władzy.
Tak samo musiało być w tych dniach – od 16 do 19 marca 1988
roku – gdy nad miasto nadleciały irackie samoloty, a w Halabdży nagle
zapachniało jabłkami. Tak pachniał gaz trujący.
Gdy podczas drugiej wojny w Zatoce Stany podbiły Irak, nie
znaleziono wielkich magazynów z trucizną, nie odkryto spodziewanych składów
broni masowego rażenia. Wielu więc twierdzi, że nie wiadomo, jaki był prawdziwy
powód zagnania dyktatora Iraku do klatki i wojny, podczas której zabito tysiące
ludzi. Ale przyczyna najpewniej była zmyślona, szło bowiem o niewiarygodnie
bogate zasoby ropy, honor rodu Bushów, panowanie nad Bliskim Wschodem, a nawet
nad światem. Nie ma wojen udanych, ale ta akurat nie udała się szczególnie; w
jakimś sensie jest też szczególnie przegrana, bo urodziła kolejne bękarty
islamskiego terroryzmu. Przeciwnicy irackiej awantury powiadają, że Ameryka i
jej sojusznicy kłamali, a na łgarstwie nie da się nic zbudować, zwłaszcza kiedy
przed budowaniem trzeba strzelać.
Operacja Al-Anfal formalnie trwała od lutego do września
1988 roku. Zaczęła się przy granicy z Iranem. Na drugi ogień poszły
As-Sulajmaniija i pobliskie wsie. Potem były góry wokół Irbilu oraz głębokie
doliny koło Barzanu. I tak dalej, aż do nadgranicznych Zachu i Dahuku. W
operacji brały udział regularne oddziały wojska, lotnictwo i rozmaite formacje
bezpieki.
Operacja odpowiadała wszystkim kryteriom, jakie określają
zbrodnie przeciw ludzkości.
Dzieje Kurdów to – powtórzmy – pasmo powstań i pacyfikacji.
Zabijano ich w Turcji, od czasów gdy Atatürk wymyślił sobie, że na gruzach
imperium osmańskiego stworzy jednonarodowe, tureckie państwo, choćby po trupach
ormiańskich i kurdyjskich.
Dlatego pomysłodawcy prawa o wartościach islamskich byli
bardzo zdziwieni, że kiedy tylko ogłosili swoje zamiary, gazety od prawa do
lewa, stacje telewizyjne, ale też wielu polityków, również muzułmanów, rzuciło
im się do gardeł, że ze świeckiego państwa chcą uczynić religijną republikę.
Poczuli się tymi opiniami dotknięci.
Kurdystan nie wie, co to znaczy nękający Zachód upadek
rodziny, gdyż o rodzinę dba islam. Relacje społeczne są tu lepsze niż w
Europie, ludzie w potrzebie maja lepszą opiekę, nie boją się odrzucenia i
samotności. Mułła Baszir jest z tego bardzo dumny, więc nic dziwnego, że uznał,
iż wartości islamskie, jako te prawdziwie humanistyczne i bardzo ludzkie,
powinny zostać zawarte w przepisach. Europa – zaznacza Baszir – jest dumna ze
swojej demokracji, i słusznie, bo nic lepszego człowiek jeszcze niw ymyślił.
Lecz demokracja to również zasada islamu; przecież wierni wybierają swojego
religijnego przywódcę. Islam to wolność wyboru, otwartość na inne poglądy,
gotowość do debaty. Prawdziwy islam zakazuje prozelityzmu, szanuje inne
wyznania. Zachęca do uczciwej pracy, piętnuje wyzysk i lenistwo. Leży u podstaw
praw człowieka, dba o kobiety, oddając im należny szacunek i miejsce w
społeczeństwie.
Zanim Ishan został ministrem praw człowieka, postawił Kurdystanowi
diagnozę. Kraj jest rozdarty wojną domową. Panują terror i korupcja. Cywile
boją się zdemoralizowanych band peszmergów – swoich niegdysiejszych bohaterów i
obrońców. Wszędzie wciskaja się fundamentaliści. Co trzeba zrobić, by wreszcie
można było żyć normalnie?
Lała się krew, Saddam zacierał ręce. A świat milczał – bo co
światu po Kurdach?
Co to były za obowiązki? Najprostsze, najbardziej
podstawowe: walko o wolność. Kurdowie nigdy nie mieli innego wyjścia. Za Turka,
za Anglika i za Arabów.
Al-Anfal to również zaplanowane odgórnie łowy na kurdyjskie
dziewczynki, sprzedawane później do domów publicznych w krajach Zatoki, w
Egipcie, Libii, Algierii. Interes liczono w milionach dolarów. Zniknęło ich
kilka tysięcy. Najstarsze miały piętnaście lat. Najmłodsze nie więcej niż
osiem. Potem była pierwsze wojna w zatoce, kolejne powstanie, o które poprosił
Kurdów George Busch senior i wnet wystawił sojuszników do wiatru.
Bombardowania, czołgi, napalm i głód w obozach uchodźców przy tureckiej
granicy; ofiary znów liczono w tysiącach. A jakby tego było mało, wybuchła
wojna domowa: Kurdowie bili się między sobą, zdarzały się tortury i publiczne
egzekucje. Opamiętanie nastało z piętnaście lat temu.
[Mohammada:] Arabskie południe Iraku osuwa się w ciasny
islam, a Kurdystan biegnie w przód, uczy się na potęgę, naśladuje Europę, co
niekoniecznie jest prostym małpowaniem, lecz oddechem wolności. Każda religia –
powie – ma ciemną i jasną stronę. Arabowie zmierzają ku ciemności. Kurdowie –
wręcz przeciwnie.
Ostatniego zamachu Kurdystan doświadczył kilka lat temu, a w
Irbilu jest spokojniej niż w wielu miastach Europy. No i trzeba pamiętać o
historii. Ćwierć wieku temu Kurdowie ginęli w operacji Al-Anfal. Dwadzieścia
lat temu, wygnani pod turecką granicę, cierpieli głód po przegranym powstaniu
przeciwko Saddamowi, gdy podczas pierwszej wojny w Zatoce Amerykanie zostawili
na pastwę dyktatora sojusznicze oddziały peszmergów. Niewiele później wybuchła
wojna domowa – stronnictwa Mosula Barzaniego i Dżalala Talabaniego wzięły się
za łby, ginęli ludzie, strzelano do cywilów, stosowano tortury wobec
przeciwników. Kurdyjski pokój liczy sobie zaledwie kilkanaście lat. Muhammad
uważa, że przez ten czas Kurdystan zrobił najpewniej tyle, ile mógł.
Prawo uchwalono w 2001 roku. (…) gdy już na przełomie
stuleci obrzezaniu dziewczynek sprzeciwili się mułłowie z klanu Tarchanów,
gdzie procent obrzezań był jednym z najwyższych w kraju, praktyka zanikła
niemal doszczętnie w kilka lat.
Od tego czasu kaleczenie kobiet jest w Kurdystanie
nielegalne i ścigane jako przestępstwo, zgodnie z zasadą prawa, że amputacja
jakiejkolwiek części ciała w celu zadania bólu lub deformacji jest sprzeczna z
prawem.
Lajla zapytała, czy wiem, że Kurdystan jest jedynym krajem
na Bliskim Wschodzie, gdzie kobieta z mocy prawa musi mieć taką sama pensję jak
mężczyzna na równorzędnym stanowisku. Lala informuje o tym z dumą wszystkich
przybyszów z zagranicy. Nadto – obowiązuje prawo zakazujące przemocy i
dyskryminacji ze względu na płeć. W parlamencie
zasiada co najmniej trzydzieści procent kobiet, bo tak stanowi ordynacja
wyborcza. Obrzezanie kobiet jest uznane za przestępstwo, podobnie jak
małżeństwa zawierane już niemal w kołysce; za swatanie sobie dzieci można
trafić za kratki.
Wojna to zawsze katastrofa dla ducha i poczucia równości,
najwyższą cenę zaś płacą zawsze najsłabsi: dzieci i kobiety.
Zresztą – kurdyjski islam, po fali konserwatywnego
fanatyzmu, która w końcu przyszła z zagranicy i szczęśliwie nie zagrzała tu
miejsca, jest łagodniejsza niż u arabskich czy tureckich sąsiadów, a Kurdowie
to nie dżihadyści, nigdy do końca nie uwierzyli w obietnice islamistów.
Chciałem się dowiedzieć, jak oni to robią albo lepiej – jak
to już zrobili. (…) Odwoływali się do wspólnej tradycji i takich samych
wartości, by za chwilę walić obuchem w łeb. Dziwny naród – myślałem. A może po
prostu mądry, bo umie wyciągnąć wnioski ze strasznych pomyłek. Kurdom udało się
narodowe pojednanie. Choć po drodze robili wszystko, by nie mieć na to szans.
To nieprawda, że jesteśmy największym narodem na świecie,
który nie ma własnego państwa; liczniejsi są Tamilowie w Indiach i w Sri Lance.
Nie mamy niepodległego Kurdystanu i w zasadzie, poza krótkim
eksperymentem pod protektoratem sowieckiej Rosji, nigdy nie mieliśmy. Mówimy
różnymi językami. Łączą nas tylko marzenia o wolnej ojczyźnie, ludowy strój,
islam, stare legendy. Oraz obcy, których mamy za sąsiadów. Arabowie, Persowie,
Turcy.